<-- wracaj

Przez wiele lat preferowałem jazdę po nawierzchniach asfaltowych lub przynajmniej względnie utwardzonych, gdyż główną frajdę dawał mi - bądźmy szczerzy - przejechany dystans (dobrze jeśli w okolicach 80-100 km). Wjeżdżanie do lasu kojarzyło mi się z piachem, błotem, korzeniami i w ogóle nie miało jakoś sensu, tym bardziej, że nie jeździłem na rowerze typowo górskim.
Na szczęście napotkałem na swej drodze pewnego rowerzystę z ciągotami do jazdy enduro ;) - zabrał mnie parę razy w teren i zrozumiałem, że asfalty to jednak nie jest moja bajka. Od tamtej pory zacząłem ich unikać, zwłaszcza tych ruchliwych (za wyjątkiem dojazdów do pracy). Zasmakowałem za to jazdy po różnych szutrówkach, lasach i nadrzecznych wałach - co z czasem zaowocowało przesiadką na rower MTB.

Lubię odwiedzać zapomniane wioski i inne "miejsca z klimatem"; szukać różnych pomników historii i przyrody (np. zapomnianych cmentarzy, leśnych mogił itp.). Powodowało to czasem pobłądzenia - zwłaszcza, że z kompasem polubiłem się dosyć późno w swojej turystycznej karierze. Jednak od czasu kiedy na kierownicy zagościła turystyczna nawigacja gps (IV.2010) - raczej już to się nie zdarza. ;)

Na Mazowszu brak jest większych wzniesień (co boli), za to znaleźć tu można wiele lasów, pojeździć wzdłuż Wisły, Narwii, Bugu, czy wreszcie zapuścić się na starorzecza Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego. Rower to bodajże jedyny sposób na pokonywanie większych dystansów, a jednocześnie zachowanie kontaktu z naturą (polami, łąkami, rzekami, lasami) i otoczeniem.

Najnowsza wersja mojego rowerowego "ja" czerpie główną satysfakcję z zawartości dróg terenowych (a najlepiej górskich) w danej wycieczce. W drugiej kolejności także z 
przejechanej odległości, odwiedzonych miejsc, obejrzanych widoków oraz ogólnie z wysiłku fizycznego. Jazda w trudniejszym terenie lub dystanse powyżej 100 km, to nierzadko dla amatora próba pokonania własnej słabości, zniechęcenia, rezygnacji, walka z własnym organizmem i przesuwanie granic wytrzymałości coraz dalej i dalej... Rower to także monotonia jazdy, dziurawe drogi, czy standardowy "zestaw rowerzysty": wiatr w oczy, jazda pod górkę i w piachu. Bo przecież wszystko pięknie to wygląda tylko na zdjęciach, a w terenie bywa różnie. Bywa, że zdarzają się "zgony", ale przecież zgon - ludzka rzecz. Zresztą - to tylko nieistotne mankamenty, o których się szybko zapomina. :)


Lubię mieć cel, więc kierunek trasy obieram na ogół przed wyjazdem. Później często ulega on zmianom. Jeśli nie jest to wyprawa wielodniowa, wiele też zależy od możliwości komunikacyjnych - czy są pociągi w okolicy, itp...

Mam zwyczaj robienia zdjęć dokumentujących trasę rowerową. Fotografie te początkowo pokazywały najczęściej znaki drogowe z nazwami miejscowości oraz asfaltowe drogi ciągnące się po horyzont. ;] Czasem widać było na nich nietypowe obiekty, czy zjawiska, jakie mijałem po drodze. Większość zdjęć z tamtego okresu miała jakość zbliżoną do telefonu komórkowego, lecz po jakimś czasie zacząłem zabierać na szlak aparat cyfrowy (by następnie - z czystego lenistwa - przerzucić się na "smart foto"). ;)